RSS
piątek, 02 marca 2012
Ogród Wiecznej Wiosny

Ogród wiecznej wiosny ma być magiczny, ma naśladować Sto lat samotności, ma zaskakiwać, ma uzależniać... Niestety jednak coś w tej magii jest nie tak, coś nie pasuje, coś po prostu nudzi. Nudzi tak, że czytałam tę książkę niesamowicie długo bo nie chciało mi się do niej wracać i nawet zakończenie było takie, że oczy zamiast skupić się na kolejnych literach biegały między wierszami...

20:46, jardindemots
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 czerwca 2011
Kwiat Pustyni

Zazwyczaj nie lubię takich książek, więc zabierałam się za nią "z pewną taką nieśmiałością"... I rzeczywiście pierwsze strony były trudne, wcale nie zachęcały do tego, by dotrwać do końca. Ale już po chwili świat Waris bardzo mnie zaciekawił, a przy opisie jej obrzezania chciałam zamknąć oczy żeby już na to nie "patrzeć". Książkę na pewno zapamiętam na długo, zwłaszcza, że po skończeniu lektury od razu zaczęłam szukać zdjęć Waris w internecie.

Trzeba przyznać, że język książki nie jest mistrzowski, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o treść, którą Waris musiała się podzielić ze światem. I warto, naprawdę warto po nią sięgnąć.

Niemiecki bękart w Skandynawii
Na książkę Lackberg czekałam z niecierpliwością - poprzednie tomy przeczytałam jeden za drugim i można powiedzieć, że zaprzyjaźniłam się z głównymi bohaterami. Jednak, muszę przyznać, że kolejny tom trochę mnie rozczarował - Lackberg powiela schematy, a postać Eriki jest trochę denerwująca... No ale cóż, nie ma lekarstwa na uzależnienia, więc pewnie gdy w czerwcu ukaże się kolejna część napisana przez Lackberg, znów pójdę do księgarni.
 
Ocena: 6/10
 
wtorek, 14 czerwca 2011
Marina - Zafon



Czasem słyszę: "Zafon wciąż pisze o tym samym i w ten sam sposób, ile można to czytać...". Oczywiście jest w tym jakaś racja - Zafon rzeczywiście cały czas w swych książkach wraca do Barcelony, do magii, do opisów które potrafią oczarować i historii, których zwykły człowiek nie byłby w stanie wymyślić. Tak też jest i w przypadku Mariny. Na tle książek Zafona jest ona o tyle wyjątkowa, że nie opowiada o książkach. 

Pytanie tylko - czy to źle? Czy to źle, że książki Zafona są tak do siebie podobne? Wydaje się oczywiście że tak - po co czytać skoro kolejne strony niczym nas nie zaskoczą? Ja się jednak będę upierać, że Zafon nie czyta się jedynie po to by przeczytać historię, czyta się go żeby pogrążyć się w magicznym klimacie.

Mówiąc krótko Marina spodoba się wiernym czytelnikom Zafona, natomiast tym, którzy po poprzednich jego książkach są znudzeni jego stylem pisania, nie polecam, nie znajdą tu nic nowego.

Ocena: 7/10


20:10, jardindemots
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 marca 2011
Czarna Woda

Sama fabuła nie była najgorsza, ale książka napisana fatalnie. Może zbyt wiele się po niej spodziewałam, bo zaczęłam ją czytać tylko dlatego, że znajdowała się na samym szczycie jakiejś listy książek, które warto przeczytać... Czarna woda to szwedzki kryminał... no i właśnie, kryminały czyta się z zapartym tchem, zgadując, czekając na rozwiązania. W tej książce było mi już naprawdę wszystko jedno kto zabił, bylebym tylko dotarła do końca. Brak ciekawych opisów, brak głównych bohaterów, brak dialogów i w końcu za dużo dziwnych imion i zlewających się ze sobą postaci. Zdecydowanie nie polecam.

2/10

 

 

poniedziałek, 21 lutego 2011
3,14 czyli w co wierzyć, a w co nie...

Są książki które sa jak dobrze znana przystań, coś co znamy jak własną kieszeń. Lubimy je, wiemy czego mniej więcej możemy się spodziewać, lubimy ich klimat. Dlatego wracamy często do tego gatunku, bo wiemy że będzie nam się podobało. Sa jednak książki, które są dla nas tajemnicą. Nawet po przeczytaniu krótkiego opisu na okładce, dziwimy się: "jak to?", "co to właściwie jest?". Tak było w moim przypadku z książką "Życie Pi". Podchodziłam do niej jak do jeża. Gdy zaczęłam, zaskoczyła mnie, ale zaskoczyła bardzo pozytywnie. Nie potrafiłam jej dopasować do niczego, co znałam, była dla mnie zagadką od początku do końca.

Przeczytałam ją jednym tchem, a zwłaszcza to, co działo się na pełnym morzu... I uwierzyłam w każde przeczytane słowo. Byłam pewna że to prawda, kto mógłby coś takiego wymyślić??? Nie chcę zdradzać co się działo na tym pełnym morzu, bo bez wątpienia warto samemu sięgnąć po tę książkę i poczuć sól morskich fal. Ważne jest jednak to co jest na samym końcu. Ostatnie kilka stron, które pokazują zupełnie coś innego i pytają którą wersję opowiesci wolimy? No właśnie którą? I czy to ma znaczenie? Co jest potrzebne żeby uwierzyć?

niedziela, 13 lutego 2011
1Q84

"... czas może się posuwać, przybierając nieregularne kształty. Sam w sobie jest z natury równomierny, ale kiedy zostaje zużyty, zmienia się w cos nieregularnego. Niekiedy czas jest strasznie ciężki i długi, to znów lekki i krótki. Bywa, że to co zaszło wcześniej, zamienia się miejscami z tym, co było później, a bywa nawet tak, że całkowicie znika. Zdarza się też, ze czas, którego nie powinno być, zostaje dodany. Ludzie prawdpodobnie przez takie dowolne korygowanie czasu korygują znaczenie własnego bytu. Inaczej mówiąc, dzięki takim operacjom udaje im się z trudem zachować zdrowe zmysły. Gdyby musieli akceptować przeżyty czas po kolei i równomiernie, ich nerwy na pewno by tego nie wytrzymały. Takie życie prawdopodobnie byłoby torturą."

 

I właśnie o czasie pisze Murakami. W spósób tak realistyczny, tak że czasem aż można na własnej skórze poczuć to, co opisuje, realistycznie, aż do bólu. A jednocześnie książka jest tak nierzeczywista, że zaczynamy się zastanawiać czy to na pewno nasz świat, czy to mogło się wydarzyć tu i teraz, czy to tylko fantazja autora. Przeczytałam tylko pierwszą część i na początku czas dłużył mi się niemiłosiernie, a jednak z każdą minutą zmierzająca do końca (a właściwie wcale jeszcze nie końca, bo książka ma jeszczew dwa tomy) płynął coraz szybciej i coraz ciekawiej. By w końcu niespodziewanie się zakończyć, zostawiając mnie z ogromną ochotą na przeczytanie dalszego ciągu...

niedziela, 30 stycznia 2011
Tysiąc wspaniałych słońc

Tysiąc wspaniałych słońc to wcale nie moje pierwsze spotkanie z Khaledem Hosseinim. I mam nadzieję, że również nie ostatnie. Bałam się na początku sięgnąć po tę książkę, bo Chłopiec z latawcem był tak doskonały, że wątpiłam by Hosseini mógł napisać coś lepszego lub chociaż dorównującemu swej debiutanckiej książce. Ale nie zawiodłam się - książka była równie dobra. Fabuła oczywiście różniła się od poprzedniej, ale emocje były nadal tak samo silne. Może nawet (dla mnie) silniejsze, bo książka tym razem skupiała się na losie dziewczynek, a nie chłopców. Tak naprawdę ta książka pokazuje świat z zupełnie innej strony niż my, Europejczycy, zwykliśmy na niego spoglądać. Może nam się wydawać, że prowadzimy wojny w słusznym celu i "może wyjdą one na lepsze", ale jak pisze Hosseini - wojna nigdy nie może być czymś dobrym. Bez wątpienia polecam - choćby dlatego by przez chwilę spojrzeć na świat innymi oczami.

Ocena: 9/10

niedziela, 23 stycznia 2011
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu...

Od razu muszę napisać, że nienawidzę biegać. O czy myślę, kiedy myślę o bieganiu? Myślę o tych okropnych czasach, kiedy w szkole kazano nam biegać na 800 metrów dookoła boiska i zawsze po jakimś czasie umierałam i miałam ochotę dokończyć spacerując a nie biegnąc. Myślę jeszcze  poczuciu wstydu, że nie potrafię biec tak szybko i tak daleko jak inni. Myślę o okropnym uczuciu w gardle i ciężkości w nogach. Za książkę Murakamiego zabrałam się zatem " z pewną taką nieśmiałością". Ale Murakami swoim opowiadaniem prawie mnie do biegania przekonał, choć myślę że wcale nie był to jego zamiarem... A przede wszystkim dzięki tej książce, dobrze go poznałam, bo książka to raczej specyficzny pamiętnik, niż książka o bieganiu. Nie tylko go poznałam, ale też zaczęłam podziwiać. Więc wszystkim którzy mają ochotę na spotkanie (wcale nie w biegu, raczej niespieszne) z Harukim Murakamim, polecam.

 

Ocena: 7/10

środa, 22 września 2010
Prawdziwy kot

Przyznaje się bez bicia - przeczytałam wcześniej tylko jedną książkę Pratchetta, tytułu nie pamiętam, ale nie podobała mi się... Trochę mi wstyd było, bo wszyscy wokół się zachwycają, ale jednak... nie... nie przekonał mnie... No ale w prezencie dostałam książkę, właśnie Pratchetta, "Kot w stanie czystym". Ponieważ kocham swojego kota nad życie (właściwie to mój syn ;)) i w ogóle jestem ześwirowana na punkcie kotów, szybko się zabrałam za książkę i... Była super, śmieszna, trafiająca w sedno i generalnie bardzo kocia! Co prawda mój rodowodowy kot miałby trudności żeby przejść test na kota prawdziwego, ale ponieważ jego zachowanie jednoznacznie wskazuje, że się nadaje... nie mam wątpliwości, że moje 4 kg mruczenia są najprawdziwsze z prawdziwych. A jaki jest Wasz kot?

Ocena: 10!/10

 

A zamiast zdjęcia książki, mój "Aaargh, uciekaj stąd" kot :)

 

21:23, jardindemots
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2